511 290 002

   Dzień dobry 🙂, nazywam się Marzena Ilona Kobosko.

   Przedstawiam Wam moją historię, która doprowadziła mnie do DZISIAJ.

   Przez wiele lat poszukiwałam swojej Duszy, odpowiedzi na kluczowe pytania: KIM JESTEM? CO MAM DO WYKONANIA NA ŚWIECIE? CO MAM DO PRZEPRACOWANIA zanim wrócę tam, skąd przybyłam? 

   Moja droga do DZISIAJ była długa i pełna doświadczeń i prób. A zaczęła się w dzieciństwie, kiedy to z ciekawością i uważnością obserwowałam mojego Dziadka, który chodził po łąkach i zbierał zioła, moją Babcię, która stawiała pijawkę, moją Mamę, która z miłością pielęgnowała wszystkie znoszone do domu przeze mnie i moją Siostrę zwierzęta, rozmawiała z roślinami i kochała wszystko, co żyje… Wychowałam się na obrzeżach niewielkiego miasta, mój rodzinny dom jest położony w pięknym punkcie widokowym na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, z widokiem na rozlegle położone w dole miasteczko z małym zalewem, z widokiem na bezkresną równinę pól, łąk i lasów przeciętych szerokim torem kolejowym. Pola te były – w zależności od pory roku – brązowe, zielone lub żółte od kwitnącego na nich rzepaku. Z drugiej strony domu – przy dobrej widoczności – można zobaczyć ośnieżone szczyty Tatr i Babią Górę. Ulica, przy której mieszkałam, otulona była bzami, jaśminami, dziką różą, kwitły łąki pełne brzuchatych żółtych mleczy, a wokół kwiliły ptaki. Chłonęłam całą sobą, wszystkimi zmysłami ten mój piękny, łagodny świat, ciepłą Rodzinę dającą poczucie bezpieczeństwa i budziło się we mnie moje najpierwsze pragnienie Piękna i Dobra w Świecie. W domu wielkim kultem otoczone były książki, muzyka, sztuka… Dźwięki gitary i piosenki towarzyszyły mi wieczorami po pracowitym dniu w ogrodzie, w polu, moje Kobiety szyły sukienki, haftowały prześcieradła, rysowały… Wokół było pełno życzliwych, przyjaznych ludzi… I we mnie szybko objawiła się artystyczna Dusza: pisałam wiersze i opowiadania, rysowałam ukochane kwiaty, śpiewałam i tańczyłam przy ogniskach. Kochałam Ludzi i Życie. Od dziecka nosiłam też w sobie pewien odziedziczony dar: silne odczuwanie rzeczywistości, przyszłości i energii.

   I tak upłynęły mi wczesne lata, aż nadeszła ciężka choroba ukochanej Mamy, zmarł uwielbiany Dziadek i świat zaczął się rozsypywać… Mama już nigdy nie odzyskała zdrowia, ale BYŁA OBECNA. Była, kiedy rankiem wychodziłam do szkoły i kiedy z niej wracałam podekscytowana i zmęczona. Taka radosna, ciepła, piękna Mama w zielono-czarnej sukience, z długimi do pasa ciemnymi włosami. I były jeszcze moje dwie ukochane Siostry, ukochana, zabawna Babcia, Siostra Mamy i rzadko obecny Tata (przez lata pracował za granicą). To był typowo KOBIECY DOM: z naszymi fatałaszkami, rysuneczkami, pioseneczkami, kwiatami, kotami, ptakami… Ze śmiechem i płaczem, małymi i wielkimi kłótniami nie wiadomo o co, przeprosinami zakrapianymi łzami, przekomarzaniem się i przytulaniem, dom kojarzący mi się z książkami Magdaleny Samozwaniec. Z wiecznym praniem firanek, kolejnym poszukiwaniem zagubionych rajstop, z wieczornymi opowieściami o marzeniach co wielkiego dokonamy w życiu, z graniem w państwa-miasta i czytaniem wierszy przed ich wysłaniem na kolejny konkurs literacki… I rysuneczkami Mamy, przymierzaniem sukienek, korali, farbowaniem włosów, śmiechami i chichotkami. Czas upływał… Przyszło moje kompletnie nieudane, bardzo trudne małżeństwo, w którym wytrwałam około siedem lat, urodziłam Synka, w końcu odeszłam. Nadszedł ciężki okres bycia samotną mamą z małym dzieckiem. I przyszła ciekawa, absorbująca praca, w której dobrze się odnajdywałam, ponieważ miałam kontakt z ludźmi – czyli to, co zawsze było moim powołaniem. z czasem ludzie zaczęli przychodzić do mnie po różne porady życiowe, a czasem po błahe: jaką sukienkę kupić na wesele czy jakie kwiaty na urodziny… To był mój żywioł: doradzanie, pomaganie, wspieranie… A potem poznałam Człowieka, który zafascynował mnie swoją osobowością, dobrocią, inteligencją i otwartością na ludzi. Wyprowadziłam się z mojego małego miasteczka do większego miasta, ukończyłam wymarzone studia filologiczne, potem kolejne: kulturoznawcze, i jeszcze kolejne: redaktorsko-edytorskie. Miałam bardzo dobre wyniki na studiach, dostawałam stypendia, ukończyłam je z wyróżnieniem. Władze Uniwersytetu zaproponowały mi zrobienie doktoratu. Kocham sztukę, teatr, literaturę, muzykę… kocham pogłębiać swoją wiedzę, dlatego bez większego zastanowienia zdecydowałam się. Mój wrodzony idealizm i pasja do wiedzy bardzo szybko jednak zostały poddane ciężkiej próbie. Zderzyłam się z uczelnianą ścianą. Wykończona psychicznie i fizycznie przysłowiowym „kopaniem się z koniem” pod koniec trzeciego roku zaczęłam tracić się załamywać i tracić wiarę w standardy panujące na największych uczelniach polskich. Czułam jakby zamknięto mnie w klatce, nie wiedziałam co robić dalej. Włożyłam masę pracy, serca i zdrowia w moją rozprawę doktorską na temat filozofii spotkania z drugim człowiekiem, moje badania naukowe były już na finiszu, prowadziłam zajęcia ze studentami, uczestniczyłam  w konferencjach naukowych, miałam dobre kontakty ze studentami…  I kompletnie żadnego wsparcia ze strony uczelni… Czułam się pozostawiona sama sobie, coraz bardziej szwankowało mi zdrowie, zdarzały się krótkie „odloty” ze zmęczenia, bezsenność, wielogodzinny płacz z bezsilności… I tak pewnego dnia, kiedy totalnie wykończona i zrezygnowana siedziałam w fotelu i trzymałam w wodzie moje zmęczone, opuchnięte od ciągłego gonienia miedzy instytutami stopy – poczułam jak samo słowo „stopy” spada mi na głowę (u mnie taki stan to nic nadzwyczajnego, odczuwam rzeczywistość także przez słowa) 🙂. Początkowo uznałam to za nieco trywialne: Jakieś „stopy” mnie dopadają – pomyślałam sobie z uśmiechem. I wtedy za nic w świecie nie przyszło mi do głowy, że owe „dotknięcie stopami” stanie się punktem zwrotnym w moim życiu 🙂. Odczucie to jednak wracało i wracało, nie dawało mi spokoju. Zadzwoniłam więc do mojej koleżanki – refleksolożki i opowiedziałam jej o tym zdarzeniu, a ona… jakby tylko na te słowa czekała: w ciągu kilku godzin zapisała mnie na 1 stopień kursu refleksologii w istniejącym grubo ponad 20 lat Polskim Instytucie Refleksologii. Miałam mieszane uczucia: jestem naukowcem, robię doktorat, przede mną praca na uczelni, pewnie z czasem habilitacja… ale jakoś nie zakwestionowałam interwencji koleżanki… W międzyczasie poprosiłam moją koleżankę z roku, która miała dziadka jasnowidza, żeby pomógł mi ustalić JAKA JEST MISJA MOJEJ DUSZY MA ZIEMI. Jego odpowiedź była jednoznaczna: MAM POMAGAĆ LUDZIOM 🙂. Zatem poszłam na pierwszy kurs, po którym wróciłam bardzo zmęczona i zniesmaczona oznajmiłam mojemu Mężowi, że „stopy maja bardzo brzydki zapach i nie będę ich dotykała obcym ludziom”. Natomiast po pierwszym wykonanym na mnie zabiegu – poczułam się tak źle, że wzięłam osiem tabletek przeciwbólowych, dostałam biegunki i dreszczy, trzęsło mną jak w febrze, przez całą noc płakałam, a moja teściowa-lekarka monitorowała mnie przez telefon. Tym bardziej nie chciałam pójść na drugi stopień kursu, ale ponieważ miałam go już opłacony (i coś mnie tam jednak ciągnęło), podjęłam decyzję, że daję sobie drugą i ostatnią szansę. Na tym spotkaniu było jeszcze gorzej: zemdlałam już podczas zabiegu na moich stopach a ocknęłam się widząc wokół mnie pełno ludzi, nauczycielkę podająca mi krople walerianowe i boleśnie uciskającą refleksy przysadki mózgowej oraz polewającej mnie wodą (dziś wiem, że była to mocna reakcja mojego organizmu na olbrzymi stres związany z doktoratem). I wówczas coś we mnie się zmieniło, coś drgnęło w moim środku: do domu wróciłam czując się jakaś inna…

   I w taki oto sposób refleksoterapia stała się punktem wyjścia do tego, kim jestem dzisiaj i w jaki sposób pracuję z potrzebującymi pomocy ludźmi. Zostawiłam moją pracę na uczelni i nieobronioną rozprawę doktorską. Zmieniłam moje życie o 180 stopni i dopiero teraz mam pewność KONTAKTU ZE SWOJĄ DUSZĄ 🙂.

   Wraz z kolejnymi latami pracy na polu medycyny naturalnej rozwinęły się jeszcze mocniej moje naturalnie wrodzone zdolności do ODCZUWANIA ENERGII i WIDZENIA LUDZI (jasnoczucie, jasnowidzenie i jasnowiedzenie). Coraz więcej potrzebujących Dusz trafia do mojego gabinetu, a niektóre z nich – pozostają w moim życiu 🙂. Mogę określić siebie jako nieustającą Poszukiwaczkę i Wędrowniczkę, w źródle której drzemie Miłość, Wolność i Piękno. I tym dzielę się na co dzień z innymi potrzebującymi Duszami.

   Przez te kilka lat ukończyłam liczne kursy i szkolenia: 2-letnią naukę w Polskim Instytucie Refleksologii, Akademii Sztuki Masażu, Łagodnej Bio-Energetyki, Medycyny Naturalnej Bioenergoterapii oraz uzdrawiania Energią. Jestem po kursach z przywracania naturalnych procesów metabolicznych organizmu, kuchni makrobiotycznej, Kursie Naturoterapii oraz kursów różnego rodzaju masaży ciała. Ponadto ukończyłam kurs Wpływ Duszy na Zdrowie, kurs Wybacz Mamie, wybacz Tacie – uwalnianie karmy rodowej, kurs Słowiańskich praktyk rodowych kobiet, Wiedzy o drzewie rodowym, Kobiety w swojej mocy, Świadomego ruchu oraz rysunku neurograficznego i mandaloterapii. Stosuję masaże dźwiękiem (misy tybetańskie, gongi, Koshi, Solfeggio, ting-sha i inne). Biorę udział w konferencjach poświęconych zagadnieniom zdrowia i medycyny naturalnej, pracuję z Amazonkami i seniorami oraz małymi dziećmi. Organizuję warsztaty gry na bębnach i innych instrumentach etnicznych, Kręgi Kobiet, tworzenia neurografiki, mapy marzeń, mandaloterapii, malowania kamieni i inne 🙂.                                

   Jeśli jesteś Istotą, która potrzebuje pomocy w jakimkolwiek obszarze swojego życia, poszukujesz swojej Duszy czy pragniesz zmian w swoim życiu, a może po prostu – masz ochotę mnie poznać, porozmawiać, pobyć w mojej energii – zapraszam na spotkanie w przytulnym zaciszu mojego gabinetu w Oświęcimiu – Zaborzu przy ulicy o przyjemnie kojarzącym się zapachu – Jaśminowa 🙂. Może nasz kontakt będzie dla Ciebie początkiem czegoś NOWEGO W TWOIM ŻYCIU 🙂. Ja odnalazłam i nawiązałam kontakt z moją Duszą, jeśli zapragniesz – pomogę Ci odnaleźć i nawiązać kontakt ze swoją 🙂.                                                                                                                                       

 Z hawajskim pozdrowieniem Miłości i Szacunku dla drugiego Człowieka: ALOHA 🙂🙂!                                                                                                                         

I pamiętaj: źródłem i ostatecznym celem życia wszystkich Istot jest tylko i wyłącznie MIŁOŚĆ 🙂🙂!

    JA – Marzena („lubiąca marzyć, intuicyjna”)  Ilona („pomagająca innym”)

      

zadzwoń teraz